2015/08/16

Rozdział 4. "And now you do not feel anything but pain..."

************
W końcu nadeszła oczekiwana przez nas "środa". Wszystko było już spakowane. Mieliśmy dwie walizki. Mama swoją i ja swoją. Spakowałem do niej ubrania i rzeczy, które będą mi tam niezbędne, takie jak szampon, żel pod prysznic, szczoteczka do zębów itd. Miałem jeszcze jedno pudełko do wykorzystania. Na każdego przypadały po dwa pudełka. Mama spakowała jakieś tam kosmetyki do makijażu, a ja do jednego z nich zapakowałem laptopa, jakieś kable, ładowarki i tym podobne. Jednak nadal nie mogłem się zdecydować, co wpakować w moje drugie pudełko. Poszedłem więc do mamy, spytać jaka jest jej opinia. 
-Kotku.-odparła z głębokim wdechem.-Spakuj tu rzeczy, które uważasz za najważniejsze z całego domu. Bo po odjeździe nie będzie szansy ich odzyskać.
Jej słowa dały mi dużo do myślenia. Po chwili namysłu w głowi zapaliła mi się jakaś lampka. Pobiegłem do pokoju, mocno ściskając moje granatowe pudełko i zacząłem pakować do niego zabawki. Taka prosta rzecz, ale jednak. To dzięki nim zawsze będę pamiętał te wspólne święta, bez kłótni, krzyków itd. Te święta, w które byłem jednym z najszczęśliwszych dzieci pod słońcem i cieszyłem się, że mam aż tak idealnych rodziców. Tata zwykle przebierał się za Mikołaja. Wiedziałem to od początku, ale chciałem by mama nadal była wesoła i żyła z świadomością, że 'jeszcze nie wiem kto to jest' i że 'to prawdziwy Mikołaj'. W dniu 6 grudnia, pisałem listy z prośbą co chciałbym dostać i na noc kładłem je pod poduszkę. Rano już ich tam nie było. A w Święta mój tatuś zwykle te prośby spełniał. I dostawałem wymarzone prezenty. Westchnąłem. Przeraziłem się jak to wszystko nagle odwróciło się o 360 stopni. Już nie mogłem nazwać tatę idealnym. Nie potrafiłbym.
************
Jesteśmy już w nowym domu od kilku dni. Ojciec co chwilę wydzwania do mamy i krzyczy do słuchawki. Najczęściej z pytaniami 'Gdzie to ona jest?!', 'Dlaczego nie ma jej w domu?'. Ale mama je ignoruje i odpowiada, że wyjechaliśmy razem na wakacje trochę odpocząć. Albo po prostu przestała odbierać i słuchawka leży na boku. Kilka razy zdarzyło mi się odebrać. Pierwsze słowo jakie non stop od niego słyszałem, to "gówniarzu". Nauczyłem się przyjmować od niego krytykę. Z początku było strasznie trudno i często nienawiść zastępowałem zwykłym smutkiem, lub po prostu płaczem. To jakoś pomagało mi się umocnić w aktualnym życiu. Wyrwałem się spod obmyśleń, bo mama właśnie zawołała mnie na śniadanie. Naleśniki. Drugie z ulubionych dań, od razu po Lasagne'ii. Po zjedzeniu odstawiłem talerz i umyłem ręce. Pobiegłem do swojego pokoju i włączyłem laptopa. Chciałem napisać do mojego internetowego przyjaciela, bo tak naprawdę to tylko ten mi został. Rozpocząłem rozmowę od zwykłego 'Hej. Co tam u Ciebie? :)' I tak przepisaliśmy dobre dwie godziny. Dowiedziałem się o nim nowych rzeczy. Co lubi najbardziej, że ma rodzeństwo, ma pieska, który wabi się Rafy (czyt. Rafi) i wiele ciekawych rzeczy. Nasza znajomość zaczęła się, gdy tacie coś zaczęło przeszkadzać. Można powiedzieć, że nawet mu wtedy 'odbiło'. Napisałem do jakiegoś przypadkowego chłopaka na czacie i to on mi pomógł. Poradził bym się tym nie przejmował i zostawił tatę daleko. Tylko w pamięci. Skoro on i tak mnie już nie potrzebował. Tak naprawdę, w tamtym momencie było mu obojętne czy ma syna, czy nie. Więc po części się przyzwyczaiłem i nawet nie zwracałem na niego uwagi. A teraz jestem tu. Szczęśliwy jak nigdy. Nowa szkoła. Nowe osoby do poznania. Mój internetowy przyjaciel, który zawsze jest gdy go potrzebuje i ja z mamą. Tyl potrzeba mi do szczęścia. Pożegnałem się z ...., bo tak miał na imię, ponieważ mama zawołała mnie na dół. Mówiła dosyć rozpaczliwym głosem, więc postanowiłem jak najszybciej pożegnać się z moim kumplem, wyłączyłem laptopa, zamknąłem klapę, włożyłem go z powrotem do torby i zbiegłem na dół, przeskakując co drugi schodek, jakby się paliło. 
************
Mama siedziała na kanapie z głową opartą o dłonie. Zachowywała się, jakby właśnie wydarzyło się coś bardzo strasznego, a ona mimo faktów, nie mogła uwierzyć w to co się stało. I dosłownie tak było. Nagle zaczęła się strasznie trząść. Przytuliłem ją, by się trochę uspokoiła i poczuła że jest bezpieczna. Gdy powoli opanowała oddech, tusz do rzęs zaschnął na jej rumianych policzkach, łzy przestały już lecieć, byłem przygotowany na najgorsze. Wiedziałem że to co chce mi powiedzieć, wcale ie jest taki łatwe, bo wnioskowało to choćby nawet po jej zachowaniu.
-Synku.. -zawahała się.-Wydarzyło się coś bardzo strasznego.
-Wiem mamo. -westchnąłem smutnie.-Widzę jak się zachowujesz.
Znów wybuchła płaczem. Nie chciałem, by tak było. Zacząłem się obwiniać i przepraszać, że to powiedziałem. Lecz ona tylko powiedziała, że to nie moja wina. Spytałem ją czy chciałaby chwile pobyć sama. Aby przemyślała to wszystko. Nie musiałem teraz tego wiedzieć. Wręcz nie chciałem. Bardzo bałem się co powie. Kiwnęła lekko głową w przód. Wiedziałem, że to jest moment by teraz stąd wyjść. Wróciłem z powrotem na górę i wyciągnąłem gitarę. Kolejna piosenka. Kończyłem tekst już ostatniej, a tu nagle przyszła mi na myśl nowa. Wyciągnąłem szybko swój brudnopis, by nie zapomnieć słów które właśnie wpadły mi do głowy. Bazgrałem coś i bazgrałem, aż w końcu udało mi się napisać jakiś mały fragment.Wyglądało to mniej więcej tak:
You want my love
You want my heart

Z początku ten mały fragment był o mojej mamie. Nie wiedziałem jeszcze, że w przyszłości, gdy dojdzie dalszy teks, piosenka będzie opowiadać, o mojej pierwszej dziewczynie, która chce zostać tylko przyjaciółmi. 
***********
Zbliżał się czas kolacji. Nie dobrze- pomyślałem. Nagle dobiegł mnie głos mamy z dołu. Bym schodził, bo stygnie mi jedzenie. Momentalnie dostałem jakiegoś wstrząsu ze stresu i nie mogłem spokojnie odstawić gitary, która przez to obijała się co jakiś czas o ścianę. Gdy w końcu mi trochę przeszło, odłożyłem przyjaciółkę na swoje miejsce i zszedłem powoli na dół, trzymając się kurczowo poręczy. Usiadłem na przeciwko mamy, złapałem widelec do ręki i przebierałem w jedzeniu. Nie miałem ochoty teraz nic jeść. Szczególnie, że wiedziałem co wydarzy się po tym. Mama to zauważyła i powiedziała bym na chwilę odstawił jedzenie, bo chyba już nadszedł ten czas. Ścisnęła mnie za rękę i ruszyłem za nią do salonu. Zaczęła dosyć spokojnie. Że nie wiedziała, że to się stanie. Że właściwie.. nie miała pojęcia, że tak może się wydarzyć. I że ona nie chciała.. Znów się rozkleiła. Wyciągnąłem opakowanie chusteczek, które nie zdążyłem jej podać, bo momentalnie wyleciały m z rąk. Czułem się tak, jakbym właśnie stał na kładce w powietrzu, a ona zawaliła się pod moimi nogami. Powiedziała mi, że dzwoniła do niej policja.. A po tym usłyszałem, że babcia nie żyje. Moja ostatnia, jedyna babcia, która wychowywała mnie właściwie "od pieluchy". Tata ją zabił. Po tym jak nie dawaliśmy oznak życia i nie chcieliśmy mu powiedzieć gdzie aktualnie się znajdujemy. Nie wierzył w to że jesteśmy na wakacjach. Pojechał więc do babci i zaczął od niej wymuszać niezbędne do tego informacje. Ale babcia była twarda i trzymała się naszej obietnicy. Nie pisnęła ani słowem. Po kilku nieudanych próbach ojca, w końcu się zdenerwował i wyciągnął pistolet. Babcia już chciała coś odpowiedzieć, ale było za późno.. 
Strzelił...
************
Przepraszam was, że taka długa nie obecność.
Ale wyjazdy na wakacje i te sprawy.
Wiem, że ten rozdział to pewnie kolejna klapa, ale poprawie się.
Postaram się nadrobić rozdziały i poprawić ich jakość.
Jeszcze raz przepraszam..
Komentujcie! <3
-Claudia-

2015/07/26

Rozdział 3. "Because music is the only passion which I was"


**********
Kolejne dni były coraz to większą katorgą. Jedyne co polepszyło mi humor, to to że Święta i ich cały okres dobiegły końca. "Wreszcie" -odetchnąłem z ulgą. Mama przynosiła do domu coraz więcej gazet, ponieważ myśleliśmy o wyprowadzce. To był nasz taki "mały plan" o którym znowu wiedziałem tylko ja i mama. Tata nawet nie został poinformowany, bo wszyscy doskonale wiedzieliśmy jakie byłyby tego konsekwencje. Nic by z nas nie zostało. I to dosłownie. Co do niedawna myślałem że on, jako mój tata, będzie chciał mnie zawsze za wszelką cenę chronić. Ale po kilku ostatnich wydarzeniach jakie miały w domu miejsce, mogę z przykrością stwierdzić, że taki człowiek jak mój ojciec byłby zdolny do zbrodni. 
I mogę być pewny, że jedną z jej kategorii byłoby 'zabójstwo'.
**********
W końcu po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu stronach, gazetach itd. Znaleźliśmy odpowiednie dla nas mieszkanie. Małe, na przedmieściach, a najważniejsze że jak najdalej stąd. Mama pracowała już od trzech tygodni. Ponoć około miesiąca temu wracała pieszo do domu (tata odebrał nam wszystkie kluczyki i prawo jazdy mamy), nagle zerwał się dość silny wiatr i pod mamy nogi podleciała kartka z informacją:
"Poszukujemy pilnie kelnerki do roznoszenia i zapisywania zamówionych dań. Praca od zaraz, z 200 zł ratą na wstępie. Wystarczy zadzwonić pod numer 888 137 699 i omówić z nami wszelkie umowy i dalsze działalności."
No więc mama zadzwoniła pod ten numer, porozmawiała z kierownikiem i omówiła godziny wstępne. I właściwie tak się zaczęło. Do końca nie wierzę w tą historię, ponieważ moim zdaniem jest troszkę "podkolorowana", ale jakoś nie pytałem mamę o większe szczegóły. Nie chciałem wprowadzać ją w jeszcze większy zamęt, niż ten który jest dotychczas. Ważne że jest jakaś osoba, która spłaci czynsz, mimo że zarabia marne grosze. Wspólnie zaczęliśmy omawiać datę, godzinę i czas wyprowadzki, podczas gdy mama gotowała obiad.
-A może by tak sobota, o jakiejś 14? -spytała wesoło.
-Ale sobota? -skwasiłem się na samą myśl o jeździe w tak ruchliwy dzień-Przecież to weekend. Tata od razu poczuje, że coś jest na rzeczy. Poza tym. Będą straszne korki na drogach i przez to problem z dojechaniem.
-Masz rację -jej mina z lekka posmutniała.
-Nie martw się -podszedłem i lekko objąłem mamę w pasie, brudząc sobie przy tym ręce o kuchenny fartuch- Może środa? To taki dzień gdy smutna, pierwsza połowa tygodnia, już minęła, a zaczyna się ta druga, tkz. "wesoła połowa", bo już tylko dwa dni do wolnego. Co Ty na to?
Mama stwierdziła, że to bardzo dobry pomysł. Powiedziała również, że dobrze będzie zacząć od tej drugiej, "dobrej strony" tygodnia. Z pełnym uśmiechem na ustach i determinacją, dokończyła robić moje ulubione danie- Lasagne. Kochałem je. Zawsze gdy nadchodziła jakaś dobra nowina, mama wybierała z jadłospisu właśnie to na obiad i przygotowywała z jak największą miłością. Właśnie układała makaron na przemian z mięsem, pogwizdując cicho piosenkę, która niedawno leciała w radiu. Uwielbiałem w niej to. Uwielbiałem kiedy była taka pogodna i taka szczęśliwa. Nawet gdy dostałem w szkole jakąś jedynkę, nigdy nie mówiłem jej tego od razu, gdy była właśnie w takim stanie. W stanie który nie przydarzał się codziennie i nie był znowu jakąś popieprzoną (nauczyłem się kilku podobnych słów od ojca) rutyną. Ten stan występował tak rzadko, że gdy zaczynało mi go brakować,  specjalnie starałem się jakoś rozśmieszyć mamę. Zazwyczaj ta "misja" okazywała się wielkim sukcesem, a ja byłem z siebie bardzo dumny.
*************
Po zjedzeniu obiadu udałem się do pokoju, by dokończyć to co kochałem najbardziej w świecie. Sto razy bardziej od Lasagne. Muzykę. Była moją pasją, którą rozpocząłem w wieku zaledwie pięciu lat. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem brzmienie gitary na żywo i krzyknąłem do taty "Muszę ją mieć! Tato! To jest to! To jest to co chce robić w życiu!". Tata nigdy tego nie popierał, bo twierdził że 'stać mnie na coś więcej', ale mimo wszystko właśnie ta (teraz już stara i zakurzona) gitara, w 1999 r. była moim prezentem pod choinkę. Aż do teraz zawsze gdy byłem smutny lub zły, zamykałem się w pokoju i przygrywałem coś na gitarze. Niestety była już ona w tragicznym stanie. Struny lekko naderwane, tak że musiałem stroić gitarę za każdym razem gdy brałem ją do rąk. Pudło rezonansowe zdarte i przedziurawione gdzieniegdzie na wylot, po tym gdy musiałem na czymś wyładować emocje, a tylko ona była pod ręką. Gryf pęknięty w kilku miejscach w nierównych odstępach, nawet nie dziesięcio centymetrowych. O jej wytrzymałości już nie wspomnę. Jednym zdaniem. "Rozpadała się w rękach". Mimo wszystko to zawsze na nią mogłem liczyć. Gdy przyjaciele się ode mnie odwrócili, ona została, mimo że przecież nie jest człowiekiem. Nie mam psa. Dlatego myślę że to ona zastępuje jego rolę. Jest dla mnie najważniejszą rzeczą i pamiątką jaka mi została od dzieciństwa. Jest moim największym przyjacielem. A właściwie to przyjaciółką, bo to rodzaj żeński. Mama ciągle mi powtarza, że nie widziała jeszcze nigdy osoby mądrzejszej ode mnie. To miłe usłyszeć takie słowa od matki, która nawet kiedy ma sama w życiu ciężko, uszczęśliwia syna. Jej też za nic w świecie bym nie oddał. Ma dla mnie nawet większe znaczenie niż gitara. A dla mnie nie ma niczego ważniejszego od tego przedmiotu. Ale ona na to zasłużyła. Zasłużyła na bycie:
 ...NAJWAŻNIEJSZĄ...
**********
Zapraszam do komentowania ;)
Wyraźcie swoje opinie na temat rozdziału i bloga.
Przyjmuje nawet wielką krytyke :)
*Claudia*

2015/07/23

Rozdział 2. "When you think that everything is okay, he suddenly appears and all the spoils"

************
Kolejne dni Świąt upływały tak samo. Co wieczór zostawaliśmy z mamą sami, a tata chodził do jakiś barów. Mama zawsze powtarzała mi że mu przejdzie. Że to tylko taki „kryzys wieku średniego”. Ta cała sytuacja mi się nie podobała. A już na pewno nie podobał mi się ten cały „kryzys”. Kto mądry wymyśla tak okrutne rzeczy?! –pomyślałem. Zbliżała się godzina 23.00. Siedzieliśmy z mamą przy komiku ogrzewając się jego złocistym blaskiem, pijąc przez słomki gorącą czekoladę z bitą śmietaną i piankami. Rozmawialiśmy o mojej szkole, zachowaniu i kumplach… Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że niedługo wszyscy się ode mnie odwrócą, a mój najlepszy kumpel David, stwierdzi że doszczętnie rujnuje mu życie i jestem mu niepotrzebny. Jak na 12 latka miał dosyć wzbogacone słownictwo. Naszą spokojną cisze, przerwał huk drzwi wejściowych. Dobrze znaliśmy ten trzask. Nie wróżył on nic dobrego. Szybko zerwaliśmy się na nogi. Mama kazała mi się schować w szafie, bo tata był nie policzalny po pijaku. Szybo otworzyłem dębowe drzwiczki, przykryłem się jakimiś grubymi futrami i skuliłem w kącie. I zaczęło się. Ojciec zaczął znowu wrzeszczeć na mamę w liczbie mnogiej. Chciałem ją jakoś obronić przed obelgami, ale nie miałem jak. Zdruzgotany całą sytuacją wsłuchiwałem się w jej dalszy ciąg. Tata krzyczał że nas nie potrzebuje. Że jesteśmy do niczego. Że mama jest jakąś kurwą spod latarni, a ja zwykłym rozpieszczonym bachorem. To był te dzień. To był pierwszy dzień gdy tata uderzył mamę. To stało się tak nagle, że zrozumiałem tylko jej cichy, ledwo dosłyszalny szloch. Tak bardzo chciałem wtedy wybiec z szafy i ją przytulić, ale pamiętałem, że mama zakazała wychodzić dopóki tatuś sobie nie pójdzie.
***************
Siedziałem w szafie już dobre pół godziny. W pokoju już wszystko ucichło ale nadal bałem się wychodzić. To były NAJGORSZE Święta w dziedzinie „Najgorszych Świąt”. Po chwil zastanowienia, otworzyłem drewniane zamknięcia(Nie wiedziałam jak to inaczej napisać :’) – od aut.)  i rozejrzałem się po pokoju.
Tkz. „TEREN BYŁ CZYSTY”
Wygramoliłem się spod ubrań i pobiegłem poszukać mamy. Na początku pobiegłem do sypialni. Myślałem że może rozbolała ją głowa i chciała się położyć, ale tam jej nie było. Następny w kolejności był salon. Może zachciała się zatracić w swoim ulubionym serialu i choć na chwile zapomnieć o rzeczywistości. Niestety tam też ej nie było. Sprawdziłem jeszcze kuchnię, mój pokój, gabinet taty, strych i ogródek. Aż w końcu pozostało mi tylko jedyne miejsce. Malutki schowek, o którym wiedziałem tylko ja i mama. Była tam. Siedziała skulona i gdy tylko mnie zobaczyła, pośpiesznie zaczęła chować do swojej torby jakieś okrągłe pudełko, które gdy się nim wstrząsnęło, to grzechotało. Od razu ją przytuliłem. Wiedziałem że było jej to bardzo wtedy potrzebne. Chciałem dać jej odrobinę ciepła, które nie mogła dostać od taty. Zobaczyłem że z brwi leci jej mała strużka krwi. Rozcięta-powiedziałem w myślach. Pobiegłem więc do kuchni po apteczkę i już odrobinę później ścierałem jej wacikiem czerwoną maź. Powiedziałem mamie, że wszystko będzie okey. Że damy sobie jakoś radę. Ona tylko się uśmiechnęła i odwzajemniła uścisk. Mimo że byłem tylko małym chłopcem, który tak naprawdę nie zna się i jeszcze do końca nie wie co to życie, bo przecież nie ma tych „kilkunastu lat”, ona to zrobiła.
Zaufała mi.
****************


 Oto rozdział 2. 
I jak wam się podoba?
Piszcie swoje opinie w komentarzach ;) Chętnie posłucham :)
*Claudia*

2015/07/21

Rozdział 1. "Nobody said that life must be easy"

*6 years ago*
Oto ja. 12 letni chłopczyk imieniem Justin. Mam wspaniałą rodzinę. Kochającą mamę i tatę który na wszystko mi pozwala. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Dla mnie to dzień jak każdy, ale mama strasznie panikuje. Widać było po niej, że wpadła w świąteczny szał. Biegaliśmy po sklepach jak opętani szukając coraz to nowszych bombek, łańcuchów, światełek i jeszcze innych bibelotów. Zbędne, drogie rzeczy, które później i tak walają się po całym mieszkaniu. No ale taka już była natura mamy. Gdy coś wymyśliła, to musiała to mieć. Kiedy nakupiliśmy już wszystko czego "było nam trzeba" (choć mama nadal uważała, że to za mało - westchnąłem w duchu), wróciliśmy do domu i zaczęliśmy przygotowywać wigilijny stół, potrawy itd. Nie wiem czemu, ale zawsze byłem najbardziej podekscytowany, gdy tata wnosił do domu drzewko. Naszą własną CHOINKĘ. Tata pracował na dwie zmiany. W jednym tygodniu chodził do pracy na 6.00, a wracał o 16.00, natomiast w drugim szedł na 14.00, a wracał dosyć późno, bo aż po 23. W tym tygodniu przypadała jego pierwsza zmiana. Ze zniecierpliwieniem co chwila wyglądałem przez okno i czekałem aż tata w końcu przyniesie wielkiego, ciemnozielonego świerka, którego umieścimy w naszym małym saloniku. Tak. Małym. Nie byliśmy jakoś szczególnie bogatą rodziną. Posiadaliśmy mały, drewniany domek na jakimś pustkowiu. Skąpo. 
Zbliżała się godzina szczytu, a taty nadal nie było widać. Myślałem że będą to normalne święta, jednak grubo się myliłem...
********************
Tata pierwszy raz w życiu przyszedł do domu nie w porę, a w dodatku "zalany". Myślałem, że to nic poważnego. Jako 12 letnie dziecko nie znałem się na problemach dorosłych osób. Z początku się tym nie przejąłem. Wigilia przebiegła dosyć dziwnie. Zachowywaliśmy się jak jakieś 3 odrębne rodziny. Tata, jakby miał kochankę i przed nami to ukrywał, mama jako samotna wdowa, a ja jak jakiś marny dzieciak, którego przywieziono tutaj prosto z opieki społecznej, pod pretekstem by nie był samemu w Święta. Ale to się dopiero zaczęło. Atmosfera znacznie się pogorszyła, gdy nastąpił czas wspólnego kolędowania. Próbowałem jakoś rozkręcić rodziców i w końcu rozpocząłem solo z piosenką "Gdy się Chrystus rodzi". Jednak to również nie wyszło mi na dobre. Nagle nastąpił jakiś nieoczekiwany atak furii ze strony taty. Na początku walnął pięścią w stół i stwierdził, że "ma dosyć takich popieprzonych świąt i żebyśmy je sobie wszyscy wsadzili w dupy", po czym wstał od stołu, pociągnął za obrus i wszystkie naczynia, wraz z jedzeniem wylądowały na podłodze. Odwrócił się na pięcie, trzasnął wyjściowymi drzwiami i poszedł. 
W tym momencie nastąpił jakiś niedostrzegalny przełom między nami. Jakby nasza rodzinna więź wisiała na cienkim włosku i za chwile miała się zerwać. Nie mogłem zrozumieć jak w ogóle do tego doszło. Ale też tak cholernie nie poznawałem własnego ojca, że z czasem stało się to nie do zniesienia..
****************************************
Przepraszam że tak cholernie długo.
 Na śmierć zapomniałam o tym blogu :C
 Rozdział krótki, bo późno pisany i taki "na szybko" dopóki miałam choć cień weny.
 Lecz teraz rozdziały powinny pojawiać się regularnie co góra tydzień. 
A więc zapraszam ;)
*Claudia*

2015/03/07

Prolog

,,Ludzie do tej pory twierdzą, że wszystko to co robimy jest nie po naszej myśli.. Moje życie takie nie jest. Mam wszystko to co chcę. Hajs, jointy, każdą laskę, którą spotkam na ulicy. A do tego Jake przywozi co trochę dostawy, coraz to nowszych narkotyków. Niczego się nie nauczyłem i nie zamierzam. Jestem uzależniony od aktualnego życia, a przede wszystkim od ćpania. Tylko teraz robię to tak, by nikt mnie na tym nie przyłapał. Wszystkie swoje woreczki trzymam schowane w dziurze zrobionej w materacu, przykrytej prześcieradłem. Ojciec wyjdzie za 10 dni z więzienia. Nienawidzę go, a jednak odliczam. Robię to chyba tylko dlatego, by obić mu tą jego szyderczo uśmiechniętą mordę, za to wszystko co Ci zrobił. Wiem że ty byś pewnie tego nie chciała i mnie zatrzymała, ale od lat nie patrze na zdanie innych. Stałem się chłopcem bez zasad. Robię to co bym uważam za słuszne i dobre dla mnie, nie zważając na zdanie innych. Czasem nawet wbrew ich woli. Ojciec pisał do mnie kilka razy że się zmienił itd. Pierdolenie kłamstw.
Na swoim koncie mam już pełno oskarżeń, wizyt na komisariacie itd. A ja coraz bardziej się w to zagłębiam. Lubię spotkania z glinami. Ich irytujące miny, gdy są przeze mnie wyśmiewani.
Bezcenne. Poza tym dużo imprezuje. Tyle lasek co przeleciałem, na pewno nie zmieściło by się w ,,Gorącej 100,,. Nadal to robię. Zostałem kilka razy posądzony o gwałt. Ale przez możliwości mojego portfela, zawsze w szybkim czasie wychodzę z więzienia. Moje życie pełne jest takich akcji. Pełno wrażeń. Nie ma tkz. "RUTYNY". Jestem w 100% pewny że nie zmierzam się zmieniać.,,


Siedzę na parapecie, oparty o ścianę obok okna. Jestem już na odwyku, a zarazem w więzieniu 10 miesięcy. Czytam ten list chyba po raz tysięczny.. Po chwili jednak wyciągam zapalniczkę i go podpalam. Zostaje sam popiół, który odlatuje daleko na wietrze. Nadal zastanawia mnie jak mogłem być takim idiotą. Oszukiwałem samego siebie. Do głowy napływają mi wspomnienia, a do oczu cisną łzy. Z tego wszystkiego cieszę się tylko, że mój ,,ojciec,, nie żyje. Zabiłem go, tak jak on zabił najważniejszą osobę w moim życiu. Moją mamę.
Nazywam się Justin Bieber, a oto moja historia sprzed 6 lat...
****************
Hey. Mam na imię Klaudia.
(Właściwie to nie wiem co mnie zainspirowało do pisania takiego bloga xD)
Mam tylko nadzieje, że wam nie przynudzałam aż tak bardzo i że prolog się podoba ;)
~Claudia~