**********
Kolejne dni były coraz to większą katorgą. Jedyne co polepszyło mi humor, to to że Święta i ich cały okres dobiegły końca. "Wreszcie" -odetchnąłem z ulgą. Mama przynosiła do domu coraz więcej gazet, ponieważ myśleliśmy o wyprowadzce. To był nasz taki "mały plan" o którym znowu wiedziałem tylko ja i mama. Tata nawet nie został poinformowany, bo wszyscy doskonale wiedzieliśmy jakie byłyby tego konsekwencje. Nic by z nas nie zostało. I to dosłownie. Co do niedawna myślałem że on, jako mój tata, będzie chciał mnie zawsze za wszelką cenę chronić. Ale po kilku ostatnich wydarzeniach jakie miały w domu miejsce, mogę z przykrością stwierdzić, że taki człowiek jak mój ojciec byłby zdolny do zbrodni.
I mogę być pewny, że jedną z jej kategorii byłoby 'zabójstwo'.
**********
W końcu po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu stronach, gazetach itd. Znaleźliśmy odpowiednie dla nas mieszkanie. Małe, na przedmieściach, a najważniejsze że jak najdalej stąd. Mama pracowała już od trzech tygodni. Ponoć około miesiąca temu wracała pieszo do domu (tata odebrał nam wszystkie kluczyki i prawo jazdy mamy), nagle zerwał się dość silny wiatr i pod mamy nogi podleciała kartka z informacją:
"Poszukujemy pilnie kelnerki do roznoszenia i zapisywania zamówionych dań. Praca od zaraz, z 200 zł ratą na wstępie. Wystarczy zadzwonić pod numer 888 137 699 i omówić z nami wszelkie umowy i dalsze działalności."
No więc mama zadzwoniła pod ten numer, porozmawiała z kierownikiem i omówiła godziny wstępne. I właściwie tak się zaczęło. Do końca nie wierzę w tą historię, ponieważ moim zdaniem jest troszkę "podkolorowana", ale jakoś nie pytałem mamę o większe szczegóły. Nie chciałem wprowadzać ją w jeszcze większy zamęt, niż ten który jest dotychczas. Ważne że jest jakaś osoba, która spłaci czynsz, mimo że zarabia marne grosze. Wspólnie zaczęliśmy omawiać datę, godzinę i czas wyprowadzki, podczas gdy mama gotowała obiad.
-A może by tak sobota, o jakiejś 14? -spytała wesoło.
-Ale sobota? -skwasiłem się na samą myśl o jeździe w tak ruchliwy dzień-Przecież to weekend. Tata od razu poczuje, że coś jest na rzeczy. Poza tym. Będą straszne korki na drogach i przez to problem z dojechaniem.
-Masz rację -jej mina z lekka posmutniała.
-Nie martw się -podszedłem i lekko objąłem mamę w pasie, brudząc sobie przy tym ręce o kuchenny fartuch- Może środa? To taki dzień gdy smutna, pierwsza połowa tygodnia, już minęła, a zaczyna się ta druga, tkz. "wesoła połowa", bo już tylko dwa dni do wolnego. Co Ty na to?
Mama stwierdziła, że to bardzo dobry pomysł. Powiedziała również, że dobrze będzie zacząć od tej drugiej, "dobrej strony" tygodnia. Z pełnym uśmiechem na ustach i determinacją, dokończyła robić moje ulubione danie- Lasagne. Kochałem je. Zawsze gdy nadchodziła jakaś dobra nowina, mama wybierała z jadłospisu właśnie to na obiad i przygotowywała z jak największą miłością. Właśnie układała makaron na przemian z mięsem, pogwizdując cicho piosenkę, która niedawno leciała w radiu. Uwielbiałem w niej to. Uwielbiałem kiedy była taka pogodna i taka szczęśliwa. Nawet gdy dostałem w szkole jakąś jedynkę, nigdy nie mówiłem jej tego od razu, gdy była właśnie w takim stanie. W stanie który nie przydarzał się codziennie i nie był znowu jakąś popieprzoną (nauczyłem się kilku podobnych słów od ojca) rutyną. Ten stan występował tak rzadko, że gdy zaczynało mi go brakować, specjalnie starałem się jakoś rozśmieszyć mamę. Zazwyczaj ta "misja" okazywała się wielkim sukcesem, a ja byłem z siebie bardzo dumny.
*************
Po zjedzeniu obiadu udałem się do pokoju, by dokończyć to co kochałem najbardziej w świecie. Sto razy bardziej od Lasagne. Muzykę. Była moją pasją, którą rozpocząłem w wieku zaledwie pięciu lat. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem brzmienie gitary na żywo i krzyknąłem do taty "Muszę ją mieć! Tato! To jest to! To jest to co chce robić w życiu!". Tata nigdy tego nie popierał, bo twierdził że 'stać mnie na coś więcej', ale mimo wszystko właśnie ta (teraz już stara i zakurzona) gitara, w 1999 r. była moim prezentem pod choinkę. Aż do teraz zawsze gdy byłem smutny lub zły, zamykałem się w pokoju i przygrywałem coś na gitarze. Niestety była już ona w tragicznym stanie. Struny lekko naderwane, tak że musiałem stroić gitarę za każdym razem gdy brałem ją do rąk. Pudło rezonansowe zdarte i przedziurawione gdzieniegdzie na wylot, po tym gdy musiałem na czymś wyładować emocje, a tylko ona była pod ręką. Gryf pęknięty w kilku miejscach w nierównych odstępach, nawet nie dziesięcio centymetrowych. O jej wytrzymałości już nie wspomnę. Jednym zdaniem. "Rozpadała się w rękach". Mimo wszystko to zawsze na nią mogłem liczyć. Gdy przyjaciele się ode mnie odwrócili, ona została, mimo że przecież nie jest człowiekiem. Nie mam psa. Dlatego myślę że to ona zastępuje jego rolę. Jest dla mnie najważniejszą rzeczą i pamiątką jaka mi została od dzieciństwa. Jest moim największym przyjacielem. A właściwie to przyjaciółką, bo to rodzaj żeński. Mama ciągle mi powtarza, że nie widziała jeszcze nigdy osoby mądrzejszej ode mnie. To miłe usłyszeć takie słowa od matki, która nawet kiedy ma sama w życiu ciężko, uszczęśliwia syna. Jej też za nic w świecie bym nie oddał. Ma dla mnie nawet większe znaczenie niż gitara. A dla mnie nie ma niczego ważniejszego od tego przedmiotu. Ale ona na to zasłużyła. Zasłużyła na bycie:
...NAJWAŻNIEJSZĄ...
**********
Zapraszam do komentowania ;)
Wyraźcie swoje opinie na temat rozdziału i bloga.
Przyjmuje nawet wielką krytyke :)
*Claudia*