2015/07/26

Rozdział 3. "Because music is the only passion which I was"


**********
Kolejne dni były coraz to większą katorgą. Jedyne co polepszyło mi humor, to to że Święta i ich cały okres dobiegły końca. "Wreszcie" -odetchnąłem z ulgą. Mama przynosiła do domu coraz więcej gazet, ponieważ myśleliśmy o wyprowadzce. To był nasz taki "mały plan" o którym znowu wiedziałem tylko ja i mama. Tata nawet nie został poinformowany, bo wszyscy doskonale wiedzieliśmy jakie byłyby tego konsekwencje. Nic by z nas nie zostało. I to dosłownie. Co do niedawna myślałem że on, jako mój tata, będzie chciał mnie zawsze za wszelką cenę chronić. Ale po kilku ostatnich wydarzeniach jakie miały w domu miejsce, mogę z przykrością stwierdzić, że taki człowiek jak mój ojciec byłby zdolny do zbrodni. 
I mogę być pewny, że jedną z jej kategorii byłoby 'zabójstwo'.
**********
W końcu po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu stronach, gazetach itd. Znaleźliśmy odpowiednie dla nas mieszkanie. Małe, na przedmieściach, a najważniejsze że jak najdalej stąd. Mama pracowała już od trzech tygodni. Ponoć około miesiąca temu wracała pieszo do domu (tata odebrał nam wszystkie kluczyki i prawo jazdy mamy), nagle zerwał się dość silny wiatr i pod mamy nogi podleciała kartka z informacją:
"Poszukujemy pilnie kelnerki do roznoszenia i zapisywania zamówionych dań. Praca od zaraz, z 200 zł ratą na wstępie. Wystarczy zadzwonić pod numer 888 137 699 i omówić z nami wszelkie umowy i dalsze działalności."
No więc mama zadzwoniła pod ten numer, porozmawiała z kierownikiem i omówiła godziny wstępne. I właściwie tak się zaczęło. Do końca nie wierzę w tą historię, ponieważ moim zdaniem jest troszkę "podkolorowana", ale jakoś nie pytałem mamę o większe szczegóły. Nie chciałem wprowadzać ją w jeszcze większy zamęt, niż ten który jest dotychczas. Ważne że jest jakaś osoba, która spłaci czynsz, mimo że zarabia marne grosze. Wspólnie zaczęliśmy omawiać datę, godzinę i czas wyprowadzki, podczas gdy mama gotowała obiad.
-A może by tak sobota, o jakiejś 14? -spytała wesoło.
-Ale sobota? -skwasiłem się na samą myśl o jeździe w tak ruchliwy dzień-Przecież to weekend. Tata od razu poczuje, że coś jest na rzeczy. Poza tym. Będą straszne korki na drogach i przez to problem z dojechaniem.
-Masz rację -jej mina z lekka posmutniała.
-Nie martw się -podszedłem i lekko objąłem mamę w pasie, brudząc sobie przy tym ręce o kuchenny fartuch- Może środa? To taki dzień gdy smutna, pierwsza połowa tygodnia, już minęła, a zaczyna się ta druga, tkz. "wesoła połowa", bo już tylko dwa dni do wolnego. Co Ty na to?
Mama stwierdziła, że to bardzo dobry pomysł. Powiedziała również, że dobrze będzie zacząć od tej drugiej, "dobrej strony" tygodnia. Z pełnym uśmiechem na ustach i determinacją, dokończyła robić moje ulubione danie- Lasagne. Kochałem je. Zawsze gdy nadchodziła jakaś dobra nowina, mama wybierała z jadłospisu właśnie to na obiad i przygotowywała z jak największą miłością. Właśnie układała makaron na przemian z mięsem, pogwizdując cicho piosenkę, która niedawno leciała w radiu. Uwielbiałem w niej to. Uwielbiałem kiedy była taka pogodna i taka szczęśliwa. Nawet gdy dostałem w szkole jakąś jedynkę, nigdy nie mówiłem jej tego od razu, gdy była właśnie w takim stanie. W stanie który nie przydarzał się codziennie i nie był znowu jakąś popieprzoną (nauczyłem się kilku podobnych słów od ojca) rutyną. Ten stan występował tak rzadko, że gdy zaczynało mi go brakować,  specjalnie starałem się jakoś rozśmieszyć mamę. Zazwyczaj ta "misja" okazywała się wielkim sukcesem, a ja byłem z siebie bardzo dumny.
*************
Po zjedzeniu obiadu udałem się do pokoju, by dokończyć to co kochałem najbardziej w świecie. Sto razy bardziej od Lasagne. Muzykę. Była moją pasją, którą rozpocząłem w wieku zaledwie pięciu lat. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem brzmienie gitary na żywo i krzyknąłem do taty "Muszę ją mieć! Tato! To jest to! To jest to co chce robić w życiu!". Tata nigdy tego nie popierał, bo twierdził że 'stać mnie na coś więcej', ale mimo wszystko właśnie ta (teraz już stara i zakurzona) gitara, w 1999 r. była moim prezentem pod choinkę. Aż do teraz zawsze gdy byłem smutny lub zły, zamykałem się w pokoju i przygrywałem coś na gitarze. Niestety była już ona w tragicznym stanie. Struny lekko naderwane, tak że musiałem stroić gitarę za każdym razem gdy brałem ją do rąk. Pudło rezonansowe zdarte i przedziurawione gdzieniegdzie na wylot, po tym gdy musiałem na czymś wyładować emocje, a tylko ona była pod ręką. Gryf pęknięty w kilku miejscach w nierównych odstępach, nawet nie dziesięcio centymetrowych. O jej wytrzymałości już nie wspomnę. Jednym zdaniem. "Rozpadała się w rękach". Mimo wszystko to zawsze na nią mogłem liczyć. Gdy przyjaciele się ode mnie odwrócili, ona została, mimo że przecież nie jest człowiekiem. Nie mam psa. Dlatego myślę że to ona zastępuje jego rolę. Jest dla mnie najważniejszą rzeczą i pamiątką jaka mi została od dzieciństwa. Jest moim największym przyjacielem. A właściwie to przyjaciółką, bo to rodzaj żeński. Mama ciągle mi powtarza, że nie widziała jeszcze nigdy osoby mądrzejszej ode mnie. To miłe usłyszeć takie słowa od matki, która nawet kiedy ma sama w życiu ciężko, uszczęśliwia syna. Jej też za nic w świecie bym nie oddał. Ma dla mnie nawet większe znaczenie niż gitara. A dla mnie nie ma niczego ważniejszego od tego przedmiotu. Ale ona na to zasłużyła. Zasłużyła na bycie:
 ...NAJWAŻNIEJSZĄ...
**********
Zapraszam do komentowania ;)
Wyraźcie swoje opinie na temat rozdziału i bloga.
Przyjmuje nawet wielką krytyke :)
*Claudia*

2015/07/23

Rozdział 2. "When you think that everything is okay, he suddenly appears and all the spoils"

************
Kolejne dni Świąt upływały tak samo. Co wieczór zostawaliśmy z mamą sami, a tata chodził do jakiś barów. Mama zawsze powtarzała mi że mu przejdzie. Że to tylko taki „kryzys wieku średniego”. Ta cała sytuacja mi się nie podobała. A już na pewno nie podobał mi się ten cały „kryzys”. Kto mądry wymyśla tak okrutne rzeczy?! –pomyślałem. Zbliżała się godzina 23.00. Siedzieliśmy z mamą przy komiku ogrzewając się jego złocistym blaskiem, pijąc przez słomki gorącą czekoladę z bitą śmietaną i piankami. Rozmawialiśmy o mojej szkole, zachowaniu i kumplach… Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że niedługo wszyscy się ode mnie odwrócą, a mój najlepszy kumpel David, stwierdzi że doszczętnie rujnuje mu życie i jestem mu niepotrzebny. Jak na 12 latka miał dosyć wzbogacone słownictwo. Naszą spokojną cisze, przerwał huk drzwi wejściowych. Dobrze znaliśmy ten trzask. Nie wróżył on nic dobrego. Szybko zerwaliśmy się na nogi. Mama kazała mi się schować w szafie, bo tata był nie policzalny po pijaku. Szybo otworzyłem dębowe drzwiczki, przykryłem się jakimiś grubymi futrami i skuliłem w kącie. I zaczęło się. Ojciec zaczął znowu wrzeszczeć na mamę w liczbie mnogiej. Chciałem ją jakoś obronić przed obelgami, ale nie miałem jak. Zdruzgotany całą sytuacją wsłuchiwałem się w jej dalszy ciąg. Tata krzyczał że nas nie potrzebuje. Że jesteśmy do niczego. Że mama jest jakąś kurwą spod latarni, a ja zwykłym rozpieszczonym bachorem. To był te dzień. To był pierwszy dzień gdy tata uderzył mamę. To stało się tak nagle, że zrozumiałem tylko jej cichy, ledwo dosłyszalny szloch. Tak bardzo chciałem wtedy wybiec z szafy i ją przytulić, ale pamiętałem, że mama zakazała wychodzić dopóki tatuś sobie nie pójdzie.
***************
Siedziałem w szafie już dobre pół godziny. W pokoju już wszystko ucichło ale nadal bałem się wychodzić. To były NAJGORSZE Święta w dziedzinie „Najgorszych Świąt”. Po chwil zastanowienia, otworzyłem drewniane zamknięcia(Nie wiedziałam jak to inaczej napisać :’) – od aut.)  i rozejrzałem się po pokoju.
Tkz. „TEREN BYŁ CZYSTY”
Wygramoliłem się spod ubrań i pobiegłem poszukać mamy. Na początku pobiegłem do sypialni. Myślałem że może rozbolała ją głowa i chciała się położyć, ale tam jej nie było. Następny w kolejności był salon. Może zachciała się zatracić w swoim ulubionym serialu i choć na chwile zapomnieć o rzeczywistości. Niestety tam też ej nie było. Sprawdziłem jeszcze kuchnię, mój pokój, gabinet taty, strych i ogródek. Aż w końcu pozostało mi tylko jedyne miejsce. Malutki schowek, o którym wiedziałem tylko ja i mama. Była tam. Siedziała skulona i gdy tylko mnie zobaczyła, pośpiesznie zaczęła chować do swojej torby jakieś okrągłe pudełko, które gdy się nim wstrząsnęło, to grzechotało. Od razu ją przytuliłem. Wiedziałem że było jej to bardzo wtedy potrzebne. Chciałem dać jej odrobinę ciepła, które nie mogła dostać od taty. Zobaczyłem że z brwi leci jej mała strużka krwi. Rozcięta-powiedziałem w myślach. Pobiegłem więc do kuchni po apteczkę i już odrobinę później ścierałem jej wacikiem czerwoną maź. Powiedziałem mamie, że wszystko będzie okey. Że damy sobie jakoś radę. Ona tylko się uśmiechnęła i odwzajemniła uścisk. Mimo że byłem tylko małym chłopcem, który tak naprawdę nie zna się i jeszcze do końca nie wie co to życie, bo przecież nie ma tych „kilkunastu lat”, ona to zrobiła.
Zaufała mi.
****************


 Oto rozdział 2. 
I jak wam się podoba?
Piszcie swoje opinie w komentarzach ;) Chętnie posłucham :)
*Claudia*

2015/07/21

Rozdział 1. "Nobody said that life must be easy"

*6 years ago*
Oto ja. 12 letni chłopczyk imieniem Justin. Mam wspaniałą rodzinę. Kochającą mamę i tatę który na wszystko mi pozwala. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Dla mnie to dzień jak każdy, ale mama strasznie panikuje. Widać było po niej, że wpadła w świąteczny szał. Biegaliśmy po sklepach jak opętani szukając coraz to nowszych bombek, łańcuchów, światełek i jeszcze innych bibelotów. Zbędne, drogie rzeczy, które później i tak walają się po całym mieszkaniu. No ale taka już była natura mamy. Gdy coś wymyśliła, to musiała to mieć. Kiedy nakupiliśmy już wszystko czego "było nam trzeba" (choć mama nadal uważała, że to za mało - westchnąłem w duchu), wróciliśmy do domu i zaczęliśmy przygotowywać wigilijny stół, potrawy itd. Nie wiem czemu, ale zawsze byłem najbardziej podekscytowany, gdy tata wnosił do domu drzewko. Naszą własną CHOINKĘ. Tata pracował na dwie zmiany. W jednym tygodniu chodził do pracy na 6.00, a wracał o 16.00, natomiast w drugim szedł na 14.00, a wracał dosyć późno, bo aż po 23. W tym tygodniu przypadała jego pierwsza zmiana. Ze zniecierpliwieniem co chwila wyglądałem przez okno i czekałem aż tata w końcu przyniesie wielkiego, ciemnozielonego świerka, którego umieścimy w naszym małym saloniku. Tak. Małym. Nie byliśmy jakoś szczególnie bogatą rodziną. Posiadaliśmy mały, drewniany domek na jakimś pustkowiu. Skąpo. 
Zbliżała się godzina szczytu, a taty nadal nie było widać. Myślałem że będą to normalne święta, jednak grubo się myliłem...
********************
Tata pierwszy raz w życiu przyszedł do domu nie w porę, a w dodatku "zalany". Myślałem, że to nic poważnego. Jako 12 letnie dziecko nie znałem się na problemach dorosłych osób. Z początku się tym nie przejąłem. Wigilia przebiegła dosyć dziwnie. Zachowywaliśmy się jak jakieś 3 odrębne rodziny. Tata, jakby miał kochankę i przed nami to ukrywał, mama jako samotna wdowa, a ja jak jakiś marny dzieciak, którego przywieziono tutaj prosto z opieki społecznej, pod pretekstem by nie był samemu w Święta. Ale to się dopiero zaczęło. Atmosfera znacznie się pogorszyła, gdy nastąpił czas wspólnego kolędowania. Próbowałem jakoś rozkręcić rodziców i w końcu rozpocząłem solo z piosenką "Gdy się Chrystus rodzi". Jednak to również nie wyszło mi na dobre. Nagle nastąpił jakiś nieoczekiwany atak furii ze strony taty. Na początku walnął pięścią w stół i stwierdził, że "ma dosyć takich popieprzonych świąt i żebyśmy je sobie wszyscy wsadzili w dupy", po czym wstał od stołu, pociągnął za obrus i wszystkie naczynia, wraz z jedzeniem wylądowały na podłodze. Odwrócił się na pięcie, trzasnął wyjściowymi drzwiami i poszedł. 
W tym momencie nastąpił jakiś niedostrzegalny przełom między nami. Jakby nasza rodzinna więź wisiała na cienkim włosku i za chwile miała się zerwać. Nie mogłem zrozumieć jak w ogóle do tego doszło. Ale też tak cholernie nie poznawałem własnego ojca, że z czasem stało się to nie do zniesienia..
****************************************
Przepraszam że tak cholernie długo.
 Na śmierć zapomniałam o tym blogu :C
 Rozdział krótki, bo późno pisany i taki "na szybko" dopóki miałam choć cień weny.
 Lecz teraz rozdziały powinny pojawiać się regularnie co góra tydzień. 
A więc zapraszam ;)
*Claudia*